InDesign 2020 – ewolucja czy stagnacja?

Nowy InDesign, oznaczony numerem 15, dostępny jest od listopada ubiegłego roku. Dwa miesiące używania kolejnej wersji programu pozwalają mi już sformułować jakąś opinię na temat zmian i udoskonaleń. Ich lista nie jest, skądinąd, zbyt długa i mają one dość zachowawczy charakter. Można jednak zauważyć, że deweloperzy z Adobe podjęli chyba decyzję, dokąd zamierzają prowadzić swój produkt. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że działają nieszczególnie dynamicznie. Z punktu widzenia użytkownika, największym argumentem za przesiadką na wyższą wersję wciąż pozostaje dla kwestia kompatybilności wstecznej, jednak wraz z zaimplementowaniem (wreszcie) możliwości otwierania nowszych wersji plików INDD przez InDesigna 2019, traci on na znaczeniu.

Cóż zatem proponuje nam InDesign 2020? Czym kusi, zachęca do upgrade’u?

Osadzanie plików SVG

Tak, wreszcie można osadzić plik SVG bezpośrednio w projekcie InDesigna. Nie musimy już uciekać się do ogniw pośrednich w rodzaju Illustratora. Mała rzecz, a cieszy. To faktycznie potrzebna zmiana.

Linie między szpaltami w ramkach wielołamowych

Wciąż są na świecie indesignersi, którzy tekst wieloszpaltowy łamią wyłącznie w oparciu o wątki jednołamowych ramek. O ile czasami ma to sens, to jednak zazwyczaj już nie ma; wielołamówki są o wiele wygodniejsze w obsłudze. Teraz jeszcze bardziej, bo można dodać linie oddzielające szpalty tekstu. Nie, żebym pasjami z tego korzystał, nie mniej wdrożę tę funkcję w swój tryb pracy.

Czcionki o zmiennych parametrach

Wybrane kroje pisma, oznaczone specjalną ikonką w menu czcionek, można dynamicznie dopasowywać w zakresie grubości, szerokości i optycznej wielkości oczka. Pozwala to zbudować sobie całą rodzinę krojów pisma w oparciu o jeden font. Niestety, kluczowe jest tu słówko „wybrane”. Czcionek, do których nowa funkcja znajdzie zastosowanie, jest jak na lekarstwo. Można więc śmiało powiedzieć, że to raczej ciekawostka, niż game changer.

InDesign 2020 czcionki o zmiennych parametrach
Ikona oznaczająca czcionkę o zmiennych parametrach. Niestety, nie ma ich zbyt wiele.

Żegnaj, Flashu

To była już tylko kwestia czasu. Adobe w końcu wycofuje się z dalszego utrzymywania Adobe Flash Playera, a co za tym idzie, wykorzenia wszystkie funkcje związane z tym formatem z nowego InDesigna. Formaty flashowe znikają zupełnie z interfejsu i przestają być obsługiwane. Gdzieś tam pewnie pod maską zostały jeszcze jakieś pozostałości, ale generalnie Flash is no more. I dobrze, jego czas już minął.

… i inne drobne udoskonalenia

Cóż poza tym? Nowe języki azjatyckie. Khmerski, dla przykładu. Używacie? Bo ja nie. Sprawdzanie pisowni do przodu i do tyłu (w razie przeskoczenia słówka). Takie tam… Może być, ale może i nie być. Możliwość przypisywania skrótów stylom już nie tylko w oparciu o klawiaturę numeryczną. Potencjalnie przydatne. Dalsze wsparcie bibliotek CC i integracje z chmurą – przyznaję, mało mnie to zajmuje. Drobne poprawki sortowania w panelu linków, drobne poprawki dopasowania grafik w panelu scalania danych. Nic wielkiego, ciekawych odsyłam do szczegółowego opisu na InDesignSecrets.com.

A poważniejsze zmiany w InDesignie 2020?

Niestety, tych brak. Spośród pięciu najbardziej pożądanych udoskonaleń programu, żadne nie ujrzało światła dziennego. To np. takie funkcje, jak możliwość dzielenia komórki tabeli między stronami (dość podstawowe, prawda? Word to potrafi), możliwość zlokalizowania konkretnej próbki koloru w dokumencie, możliwość łamania między wierszami zmiennych tekstowych czy otwierania do edycji plików PDF (te dwie ostatnie kwestie wiszą w backlogu, więc zapewne można o nich zupełnie zapomnieć).

Czy warto zmienić InDesigna 2019 na InDesinga 2020?

Powiem szczerze – nie wiem. Ja zrobiłem to głównie dla plików SVG oraz z ciekawości, a ponieważ nie natrafiłem na żadne problemy z wydajnością czy stabilnością nowej wersji, to zostałem. Myślę, że wyrugowanie wszelkich flashowych zaszłości oraz nowe opcje związane z łamaniem tekstu sugerują, że deweloperzy chcą bardziej skupić się na sercu programu, czyli na tekście. To mnie akurat cieszy. Z drugiej strony, kolejne funkcje wiążące InDesigna z chmurą Adobe pokazują, że wizja oprogramowania jako usługi również jest rozwijana. To cieszy mnie mniej i nie jestem pewien, czy podoba mi się kierunek, w którym zmierza ta polityka. Z tyłu głowy wciąż słyszę cichutkie: Lepiej kup Affinity Designera. To jeszcze nie ten czas, nie ten moment. Ale trzymam rękę na pulsie. Jedynym niezmiennikiem są wszakże zmiany. Nie ma co tkwić na kotwicy, gdy zawieje dobry wiatr.