Dokąd zmierzasz, InDesignie?

W ostatnich tygodniach mój Twitter oraz obserwowane serwisy graficzne obrodziły tekstami związanymi z dwudziestoleciem InDesigna. Ten najpopularniejszy software do składu publikacji zadebiutował w 1999 roku, szybko wymiatając z rynku Quarka i zdobywając koszulkę lidera w branży. Już pierwsze wersje dorównywały konkurencji, oferując przy okazji zestaw zupełnie nowatorskich funkcji. A potem było tylko lepiej. Jednak czy nadal tak jest? Czy InDesign wciąż jest tak fantastyczny, jak – powiedzmy – dziesięć lat temu?

Adobe InDesign to program, w którym zdobywałem swe graficzne szlify. Mimo że z Photoshopem wstępnie zaznajomiłem się parę lat wcześniej, to jednak dopiero Indyka poznałem gruntownie i dogłębnie. Zdobyłem certyfikat Adobe Certified Expert z wersji CS5, rozpocząłem trwającą ponad 5 lat działalność szkoleniową, wykonałem w nim setki projektów, również takich angażujących high-endowe funkcje. Można powiedzieć, że mam do niego duży sentyment i uważam go (przynajmniej wersje z okresu CS5) za oprogramowanie najwyższej próby.

Stagnacja i kryzys?

Jednak od jakiegoś czasu w tym słoju miodu jest łyżka dziegciu. Obserwując kolejne wydania programu nie mogę pozbyć się wrażenia, że deweloperzy stracili pomysł, co konkretnie chcą z nim zrobić. Mimo że pojawiają się rozwiązania, których od dawna oczekiwałem (choćby obramowania i cieniowania akapitów oraz możliwość automatycznego skalowania i rozmieszczenia ramek na stronie), to jednak szereg innych sprawia wrażenie porzuconych albo zwyczajnie niepotrzebnych (jak np. te związane z digital publishingiem, które – o ile mi wiadomo – zostały zupełnie oficjalnie porzucone, a oferowana w zamian funkcja Publish Online to jakiś ponury żart). Ponadto trudno mi pozbyć się wrażenia, że całość działa wolniej, a nie szybciej. Czasami spadki wydajności są tak dramatyczne, że całkowicie uniemożliwiają pracę na dłuższych wątkach, choć trudno jednoznacznie określić, dlaczego tak się dzieje. Nie przypominam sobie podobnych historii z okresu CS5 czy CS5.5.

Bardzo ciekawy wydaje mi się w tym kontekście wpis blogowy, na który natrafiłem ostatnio na Twitterze:

Nie jestem pewien, czy autor nie przeszarżował w krytyce, jednak pozwolę sobie przytoczyć spore fragmenty w wolnym tłumaczeniu. Cytowany tekst popełnił Branislav Milić, a oryginał znajduje się tutaj.

20 lat InDesigna w telegraficznym skrócie

Adobe InDesign ma 20 lat… i sprawy nie wyglądają dobrze. To, co było oprogramowaniem na miarę 21-go wieku (i zdystansowało QuarkXPress’a w krócej niż trzy edycje) staje się raczej problemem, niż rozwiązaniem. Nie, Affinity Publisher, choć w wielu aspektach spektakularny, nieprędko zastąpi InDesigna, ponieważ jest adresowany do osób szukających profesjonalnego, lecz budżetowego rozwiązania. Jeśli chodzi o tworzenie długich, interaktywnych i złożonych dokumentów, operujących skomplikowaną strukturą stron wzorcowych i rozbudowanymi stylami oraz automatyzacją, pozycja InDesigna jest niezagrożona.

Wszystko szło bardzo dobrze aż do wersji CS5.5 (2010). Od CS6 w górę, zamiast naprawiać błędy, Adobe postanowiło zacząć dodawać funkcjonalności, o które nikt nie prosił ani których nikt nie używa, albo niedorobione rozwiązania, które działają w sposób daleki od optymalnego […].

Wtedy nadszedł InDesign CC i konieczność przesiadki na 64 bity. Jednak tej istotnej zmiany nie dokonał oryginalny zespół inżynierów i programistów w Seattle, lecz nowe „zasoby” deweloperów w Indiach, ponieważ całą ekipę z Seattle zwolniono w 2014 roku. Przez kilka lat indyjscy programiści nie dodali praktycznie żadnych nowych funkcjonalności, gdyż zajęci byli próbami zrozumienia kodu, czyszczenia go i segregowania.

Na nowe narzędzia, obecnie już niezbędne, jak obramowanie i cieniowanie akapitów lub poprawione style obiektowe, musieliśmy czekać aż do 2018 roku. Jednak program wciąż zawiera dość sporo brakujących funkcji, błędów oraz usterek projektowych […].

Tak oto z każdą kolejną wersją przechodzimy od skrojonej na miarę aplikacji w stronę niestabilnego oprogramowania; od wolnego do szybkiego, potem z powrotem do wolnego, wreszcie do naprawdę szybkiego, ale potrzebującego czasem aż trzech minut, aby się uruchomić (CC 2019) [..]. Wszystko to sprowadza się do niekompetencji deweloperów, którzy odpuścili sobie gruntowne testowanie kolejnych wersji.

[…]

Nigdy wcześniej na rynku nie było branżowego oprogramowania dla małych i średnich firm o niedużych budżetach. Teraz pojawił się Affinity Publisher i zagości tu na dobre, mimo swych ograniczeń. Zasięg InDesigna zmaleje i ograniczy się do profesjonalistów pracujących z długimi, zautomatyzowanymi i skomplikowanymi dokumentami, wymagającymi kompatybilności z innymi programami (INDD i IDML są tu de facto standardem). Bo spójrzmy prawdzie w oczy: mimo boomu na druk za sprawą drukarni on-line, obecnie komunikację robi się wizualnie poprzez wideo, animacje HTML 5 itp., a InDesign nie umie takich rzeczy [bo zatrzymał się na etapie formatu SWF – przyp. tłum.]. Będzie żył tak długo, jak przeżyje druk, ale nie będzie już sam: nawet QuarkXPress wydaje się powstawać z popiołów wraz ze wprowadzeniem kilku niesamowitych funkcjonalności; nadal ma swoje ograniczenia, lecz jest bardziej interesujący cenowo.

Branislav Milić (http://www.branislavmilic.com/indesign/index.html)

Wizja w chmurach

Odnoszę wrażenie, że deweloperzy całą parę skierowali w rozbudowę integracji InDesigna z Adobową chmurą, a nie w usprawnienie funkcji problematycznych, które od lat leżą odłogiem. Możliwość wrzucania do projektu prewek z Adobe Stocka i kupowania licencji jednym kliknięciem jest oczywiście fajna, jednak fajniejsza byłaby możliwość naprawdę pełnego formatowania formularzy PDF lub zapisywania projektów w formie plików MOBI. Albo konwersji czcionek na obrysy podczas eksportu do PDF (co jest możliwe, ale w formie tricku, a nie funkcji). Albo, last but not least, wytropienie, dlaczego podczas pracy na długich wątkach zaczęły pojawiać się spadki jakości, których w dawniejszych wersjach nie było.

Wydaje mi się też, że programiści nie bardzo wiedzą, co zrobić z funkcjami, które jakiś czas temu szczątkowo wprowadzili, a które obecnie straciły rację bytu. Takie funkcjonalności-zombie to przede wszystkim narzędzia do tworzenia animacji, interaktywnych elementów itp. itd. Działają one bowiem głównie po eksporcie projektu do pliku SWF. Tymczasem, umówmy się, format Adobe Flash praktycznie umarł i prawie nikt go już do niczego nie używa (a jeśli używa, to próbuje się zeń rakiem wycofać, gdyż coraz więcej użytkowników świadomie po prostu odmawia instalowania Adobe Flash Playera w swoich przeglądarkach). Jednak co zrobić z nie jedną, a kilkoma paletami narządzi? Usunąć, jak te do tworzenia wydawnictw cyfrowych? Dostosować do formatu HTML5? Myślę, że menedżerowie sami do końca nie wiedzą.

Na dobre i na złe

Mimo wszystko InDesign pozostaje moim podstawowym narzędziem pracy. Pierwsza miłość już minęła, to jasne. Druga zresztą też. Jednak wciąż, jak by nie patrzeć, to jest najlepsze oprogramowanie do projektowania długich publikacji i nawet, jeśli nie pozwala zrobić wszystkiego, o czym byśmy zamarzyli, to przynajmniej pozwala zrobić większość.

Choć, przyznaję bez bicia, Affinity Publisher już też jest na moim laptopie.

Jedna wypowiedź na temat „Dokąd zmierzasz, InDesignie?

Komentarze są wyłączone.