Adobe Spark – iskrzy, ale to jeszcze nie to

Już od jakiegoś czasu nosiłem się z zamiarem przetestowania Adobe Spark. To darmowa aplikacja z rodziny Adobe, służąca do tworzenia brandowych grafik na rozmaite platformy społecznościowe, a także filmów, prezentacji, a nawet stron internetowych (w opinii jej twórców). Ostatnio znalazłem kilka godzin na zapoznanie się z brandowo-graficzną częścią serwisu (choć pobawiłem się chwilę również pozostałymi komponenetami) i muszę przyznać, że w wielu aspektach wygląda to bardzo ciekawie. Jest jednak kilka kluczowych – z mojej perspektywy: braków – które sprawiają, że póki co grafiki do mediów społecznościowych nadal tworzył będę przy użyciu duetu Photoshop-InDesign.

Adobe Spark – zalety

Tworząc brandowe grafiki do mediów społecznościowych czy do blogów, musimy mieć na uwadze kilka kwestii. Przede wszystkim, trzeba znać formaty i proporcje odpowiednich obrazów (np. obraz w poście na Facebooku czy cover photo na Twitterze), a social media (szczególnie Facebook) lubią zmieniać je sobie ot, tak, czasami nawet bez uprzedzenia. Musimy też dbać o konsekwentne stosowanie kolorów, czcionek, umieszczanie logo w odpowiednim miejscu itp. itd. – czyli robić wszystko to, co składa się na konsekwentny przekaz wizualny marki.

Twórcy Sparka wychodzą naprzeciw tym potrzebom. Tworząc nową grafikę mamy do wyboru całą galerię dostępnych formatów, a w ramach każdego z nich możemy łatwo, jednym kliknięciem, wybrać wstępnie zdefiniowany layout. Każdy layout możemy w pewnym zakresie modyfikować, czy to przy użyciu automatycznego „miksera”, proponującego nam inne wariacje tego samego układu, czy to przy pomocy ograniczonej liczby parametrów (jak np. grubość ramek czy marginesów), a w ostateczności – ręcznie.

Fajną funkcją jest możliwość zintegrowania programu z zewnętrznymi źródłami obrazów, takimi jak niektóre stocki czy nasze dyski w chmurze (jak Adobe Cloud, Google Drive czy Dropbox). Nie jestem jednak pewien, czy za fajnością idei idzie też płynność działania. W moim przypadku podpięcie Sparka pod katalog na Dropboksie spowodowało niekończący się czas oczekiwania na załadowanie podglądu folderu. Po paru minutach dałem sobie spokój i po prostu wczytałem potrzebne grafiki zwykłą funkcją uploadu.

Pozostając przy grafice, spodobała mi się też możliwość nakładania szybkich filtrów na obraz – coś w stylu filtrów dostępnych np. podczas ładowania grafiki na Instagrama. W ten sposób szybko, nie obrabiając fotki w Photoshopie, można dostosować je do kompozycji, dla przykładu – uczynić czarno-białą czy koloryzowaną odpowiednio do barwy tła.

Adobe Spark oferuje też możliwość stworzenia profilów marek. W ramach takiego profilu użytkownik może zdefiniować kolory brandowe, wczytać kilka wariantów stosowanego logo i zdefiniować używane czcionki. Można też stworzyć szereg szablonów różnego rodzaju grafik (od podstaw albo z zaproponowanych wzorców), aby potem szybko i łatwo produkować kolejne kompozycja w oparciu o wcześniej zaprojektowany wzorzec. Wszystkie te brandowe udogodnienia są później dostępne w całym programie, który od razu „wie”, jakiego będziemy używali koloru apli czy jakie czcionki należy zastosować. To są bez wątpienia funkcjonalności, które doceni każdy projektujący grafiki do mediów społecznościowych.

Nie ma róży bez kolców

Wszystko to w pierwszej chwili wygląda bardzo zachęcająco. Udogodnienia, zaproponowane przez twórców, zwalniają grafika (lub użytkownika niebędącego grafikiem, bo program jest naprawdę prosty) z wykonywania różnych uciążliwych czynności „logistycznych”. Ponadto fajnie jest mieć wszystko związane z brandem w jednym miejscu, z którego można tym kramem wygodnie zarządzać.
Co więc mi się nie spodobało? Mówiąc najprościej, to, co jest zaletą programu – prostota – dla mnie jest również jego wadą. Twórcy zadbali o to, aby każdy mógł się szybko połapać w obsłudze Sparka, jednak nie dodali do niego kilku nieco bardziej (podkreślam, „nieco”, nie „dużo”) zaawansowanych funkcji, dzięki którym użytkownik miałby większą kontrolę nad tym, co robi. Wyliczmy kluczowe, z mojej perspektywy, braki:

  • Nie ma miarek ani prowadnic. Nie można więc precyzyjnie określić miejsca, w którym chcemy ułożyć elementy. Wszystko odbybwa się „na oko”. Są, całe szczęści, inteligentne linie pomocnicze, które aktywują się kontekstowo, pozwalając wyrównać dwa elementy względem siebie czy środka kompozycji, ale działają one w sposób dość niedoskonały.
  • Nie ma możliwości liczbowego zdefiniowania wielkości czcionek. Do dyspozycji mamy tylko suwaki, których skok potrafi być dość irytujący. O ile bez problemu udawało mi się ustalić pewne rozmiary tekstu (np. 72 punkty), to innych za żadne skarby nie mogłem utrafić. Suwak uparcie przeskakiwał od 35 do 37 punktów z pominięciem 36 i po minucie prób dałem sobie spokój. Podczas pracy z inną grafiką 36 wskakiwało z kolei bez problemu, ale za to inne wielkości były niemożliwe do ustawienia. Co by szkodziło dać możliwość ręcznego wpisania zadanej wielkości? Proste pole tekstowe? Do licha, przecież to by chyba nie odstraszyło nikogo nadmiernym stopniem skomplikowania?
  • Już mniejsza o liczbowe definiowanie wielkości tekstu. Bardziej dotkliwy był fakt, że zamiana tekstu na dłuższy lub krótszy skutkuje niekontrolowaną zmianą wielkości czcionki. Spark wpasowuje nowy tekst we wcześniejszą obwiednię, co daje rezultat w postaci zmiany wielkości fonta. Z drugiej strony, powiększanie obwiedni powoduje również zmianę rozmiaru tekstu. Jakże irytujące! Przecież właśnie po to ustalam w szablonie konkretny stopień pisma, aby mój tekst był konkretnej wielkości niezależnie od tego, czy piszę „Lorem ipsum” czy „Dolor sit amet”. Nie chcę za każdym razem mozolnie ustawiać wielkości tekstu na nowo (tym bardziej, że suwak może strzelić focha zacząć omijać potrzebną mi wartość).
  • Brak możliwości zaznaczenia kilku obiektów, zgrupowania ich bądź zablokowania. Niby pierdoła, ale często z tego korzystam.

Inne dobroci

Wspomniałem już, że Spark umożliwia także tworzenie filmów i stron internetowych. Warto by zatem dorzucić dwa słowa również o tych funkcjonalnościach, choć zaznaczam lojalnie, że w ich przypadku ograniczyłem się do półgodzinnego rzutu oka.

Zarówno edytor filmowy, jak i ten do stron internetowych, w gruncie rzeczy pozwalają stworzyć rodzaj dynamicznej, wizualno-tekstowej prezentacji, a nie „pełnokrwiste” wideo czy serwis WWW. W obydwu mamy możliwość naprawdę łatwego i wygodnego łączenia obrazów z tekstem, jednak oprócz wygody i mocno standardowych rozwiązań, program nie oferuje zawrotnie wiele opcji.
W przypadku edytora filmowego na dole ekranu mamy prostą „oś czasu”, na której dodajemy kolejne sceny. Każda scena ma określony czas trwania, który możemy zmodyfikować w zakresie od 1 do 30 sekund. Scena taka może się składać z klipu filmowego, statycznego obrazu lub tekstu (lub, oczywiście, kombinacji tych komponentów). Twórca ma możliwość podłożenia ścieżki dźwiękowej oraz nagrania głosu lektora. Ponadto, aplikacja podrzuca cztery typu layoutów kadru do wykorzystania oraz oferuje całkiem sporą bibliotekę gotowych prefabrykatów do wykorzystania. Działa to bardzo fajnie i wygodnie, ale na tym koniec. Wiele więcej możliwości nie ma.

Edytor stron internetowych pozwala z kolei stworzyć proste, ale bardzo estetyczne stronki typu one page. Dodawanie kolejnych sekcji i zapełnianie ich treścią odbywa się szybko i intuicyjnie. Oprócz tekstu i obrazów możemy tworzyć siatki zdjęć, eleganckie przejścia obrazowo-tekstowe, wstawiać filmy, bloki podzielone na dwie kolumny oraz przyciski z odsyłaczami. Wszystko pięknie się prezentuje i jest, naturalnie, responsywne. Tak utworzoną stronę możemy zapisać, opublikować i podzielić się nią poprzez media społecznościowe lub link, jednak – uwaga – nie mamy możliwości podpięcia jej pod własną domenę. Strona wisi sobie pod adresem zaczynającym się od https://spark.adobe.com/page/, a potem następuje seria przypadkowych znaków. W moim odczuciu mocno ogranicza to możliwość użycia Sparka jako prawdziwego website buildera (którym z resztą chyba wcale nie ma być). Po co mi strona, której nie mogę opublikować pod takim adresem, jaki chcę?

Czy coś z tego będzie?

Generalnie jednak, Spark mi się podoba i uważam, że to fajne narzędzie, które, przy przyjęciu pewnych założeń, nie ma wiele wad. Jednak dla mnie te, które są, są kluczowe, bo jeśli chodzi o projektowanie, to przedkładam kontrolę ponad prostotę (jeśli już muszę wybierać). Spark natomiast oferuje proste i przyjemne doświadczenia, jednak z dużym (a czasami bardzo dużym) deficytem kontroli, dlatego póki co odstawiam go i pozostaję przy „poważnym oprogramowaniu”. Być może w przyszłości Adobe rozwinie tę aplikację, dodając potrzebne mi funkcjonalności bez szkody dla łatwości obsługi. 

Reasumując, Spark rzeczywiście jest trochę jak sztuczne ognie. Zabawne, ale jednak nie grzeje.

 

Fot. Christian Escobar / Unsplash.com